Trochę bałem
się tego filmu. Pierwszy trailer nie nastawił mnie zbyt optymistycznie: ot
jakaś opowiastka o biednym i wymizerowanym hindusie z prawdopodobnie
wymuszonymi motywami religijnymi i wciśniętymi na siłę efektami 3D. Moje
podejście wiązało się prawdopodobnie z niesmakiem jaki utrzymywał mi się w buzi
po obejrzeniu „Slumdoga: Milionera z ulicy”. Potem na szczęście przeczytałem
książkę, która skutecznie przywróciła moje zainteresowanie tym filmem.
Pomyślałem sobie: „ej to może się udać!”. Pytanie teraz czy świat postanowił
jak zwykle sprowadzić Naiwnego Piotrka siłą na ziemię? Przeczytajcie poniższą
recenzję to się dowiecie!
![]() |
Kici kici, taś taś. |
Fabuła toczy
się na dwóch płaszczyznach. Na jednej mamy młodego Pi, hindusa i syna
właściciela zoo, który wraz z rodziną i całym zwierzyńcem płynie na statku w stronę
Kanady i lepszego życia. Wszystko przerywa jednak tragedia: ich statek tonie a
Pi, któremu udaje się dotrzeć do szalupy zmuszony jest dryfować po Pacyfiku za
towarzysza mają dorosłego tygrysa bengalskiego (Tom Hanks lepiej dobiera sobie znajomych). Na drugiej płaszczyźnie widzimy już dorosłego Pi, który relacjonuje
te wydarzenia pewnemu pisarzowi, jednocześnie zahaczając o tematy religijne.
I tu dla
mnie pojawił się pierwszy zgrzyt. Pi jest człowiekiem głęboko wierzącym i w
segmencie pokazującym go na wodzie z kociaczkiem w łajbie wszystko jest w
porządku: wszelkie odwołania do sił wyższych są w 100% na miejscu. Problem mam
tylko z dorosłym Pi, który ładuje w widza spore ilości truizmów. Te jego
wynurzenia są takie jak się obawiałem: odrobinkę wymuszone i dość oczywiste. Oczywiście
mogę też być odrobinkę przewrażliwiony na tym punkcie bo ogólnie nie lubię
takich motywów. Nie zrozumcie mnie jednak źle: te fragmenty są na szczęście nieliczne
i krótkie i nie przeszkadzają w odbiorze filmu. Poczułem się jakbym znalazł
kilka płatków zbożowych w mojej misce płatków czekoladowych: nie do końca się
tego spodziewałem ale i tak zjadłem. Ważniejszy jest fakt, że filmowi udaje się
wywołać prawdziwe emocje! Potrafi wzruszyć i to nie uciekając się do żadnych
ckliwych chwytów! Wyszedłem z kina z wilgocią w oczach i za to należy się „Życiu
Pi” spory plus.
Może
fabularnie nie jest jakoś wybitnie ale dzięki lekkiemu baśniowemu zabarwieniu
całej tej historii ogląda się film przyjemnie i bez dłużyzn. Prawdziwą perełką
są jednak zdjęcia i scenografie. Co tu dużo mówić: ten film jest piękny.
Pomysłowe przejścia, przekonujące efekty specjalne i wybitnie śliczne
scenografie są dla oczu tym czym dla pustego żołądka trzydaniowy obiad w
pięciogwiazdkowym hotelu. Znaczy się ucztą. Do tego dochodzi genialnie
animowany tygrys. Czuć wręcz bijące od niego zagrożenie. Zrobić świetnie
animowanego zwierzaka, który zagra przekonująco jest okropnie ciężko (o czym przekonali
się twórcy „Zmierzchu”) ale w „Życiu Pi” sztuka ta się udała. Całości dopełnia dobra
kreacja głównego bohatera.
Podsumowując,
„Życie Pi” jest dobrym filmem. Olśniewający wizualnie gubi trochę wyrazu w tej
drugiej warstwie. Tak więc w wojnie krytyków („jest genialny” kontra „jest
nudny”) staję po środku; kompletnie nie żałuję wydanych na niego pieniędzy bo
bawiłem się dobrze. Koniecznie zabierzcie na niego swoje dziewczyny, żony itp.
istnieje szansa, że im spodoba się bardziej.
Moja ocena: 7