środa, 28 listopada 2012

Recenzja: "Atlas Chmur".


„Atlas Chmur” jest lepszy niż książka, na podstawie której powstał! Rany… nigdy nie podejrzewałem, że kiedykolwiek będę miał okazję powiedzieć to zdanie a już tym bardziej w odniesieniu do filmu, co do którego miałem tyleobaw. Ale czy zatem film jest wart polecenia? W końcu książka mogła być słaba (i była) co by znaczyło, że film może być co najwyżej średni. Cóż… takich rzeczy raczej się ze wstępów do recenzji nie dowiecie, więc nie pozostaje nic innego jak przejść do meritum.


Chociaż raz tłumacze nie mieli problemów z tytułem.
















„Atlas Chmur” to 3 godzinna (pamiętajcie żeby się wysiusiać przed seansem – wstrzymywanie grozi powstaniem kamienia nerkowego!) epopeja science-fiction, na którą składa się 6 zdawałoby się odrębnych historii. Każda z nich nie dość, że przedstawia dzieje innego bohatera to jeszcze jest nakręcona w różnym stylu: mamy tutaj m.in. komedię czy kryminał. Wszystkie łączy motyw przewodni: reinkarnacja i kolejne wcielenia tej samej osoby. Obawiałem się osobiście, że fabuła może być mocno nieczytelna dla osób niezaznajomionych z książką, ale nie było aż tak źle! Mimo sporych przeskoków czasowych i mocnego poszatkowania da się śledzić całą historię bezmigrenowo.

Tak naprawdę to co rodzeństwo Wachowskich razem z Tomem Tykwerem zrobiło z fabułą książki zasługuje na gromkie brawa! Z rozmemłanej i nudnawej książki (nie wierzcie Empikowi! Taka to epopeja fantasy jak z bułki pocisk artyleryjski) udało im się wycisnąć najsmaczniejsze kąski i podać je w wyśmienitym sosie. Wszystkie historie są emocjonujące i wciągają jak Włosi spaghetti do tego niektóre zwroty akcji na prawdę potrafią zaskoczyć. Daje tu również znać o sobie mistrzowskie wyczucie tempa akcji; gdy pojawia się groźba, że ilość dialogów mogłaby znużyć widza nagle częstowani jesteśmy angażującą sceną akcji. Mógłbym chwalić w ten sposób długo ale wydaje mi się, że największą reklamę temu filmowi robią… moje pośladki. Jako, że okoliczności zmusiły mnie bym oglądał ten film na schodach i bez oparcia bałem się, że moje zacne i delikatne 4 litery podniosą alarm po 10 minutach seansu. I być może piszczały z bólu ale film tak mnie wciągnął (mimo znajomości fabuły po przeczytaniu książki), że nic nie zauważyłem.

Rewelacyjnym pomysłem trójki reżyserskiej było obsadzenie aktorów w wielu rolach jednocześnie – taki np. Tom Hanks gra 6 skrajnie różnych postaci (moja ulubiona? Dermot Hoggins). Dzięki takiemu zabiegowi przedstawiona tutaj wędrówka dusz jest świetnie uwypuklona. To co w książce było zaledwie zarysowane tutaj jest nam serwowane z siłą i prędkością rozpędzonego parowozu (niekiedy to zaczyna odrobinkę drażnić – gdy bohaterowie zaczynają klepać rzeczy w stylu „mieliśmy się spotkać i wiem, że już się kiedyś spotkaliśmy”). Oklaski tutaj należą się stylistom i makijażystom, którzy Oscara za charakteryzacje jak nic mają w kieszeniach. To co wyczyniali z aktorami zasługuje na najwyższą pochwałę. Polecam zostać na napisach ponieważ w ich trakcie prezentowane jest zestawienie wszystkich postaci granych przez każdego aktora (zaufajcie mi – kilku was zaskoczy).


Moja reakcja po zobaczeniu kto grał pielęgniarkę.
















Muszę przyznać, że jestem zachwycony i zaskoczony. Krytycy filmowi praktycznie jednogłośnie zjechali ten film… no ale im się nie dziwię: mając w perspektywie reinkarnację w kamień (a to ich bez wątpienia czeka) też byłbym odrobinkę drażliwy. Książka, która uznawana była za nieekranizowalną została nie dość, że z bardzo dobrym skutkiem przeniesiona na srebrny ekran to jeszcze rezultat jest jednym z najbardziej pozytywnych zaskoczeń w tym roku! Polecam wszystkim fanom science-fiction. A nie-fanom mówię: to dobry moment, żeby spróbować się przekonać.

Moja ocena: 9

wtorek, 13 listopada 2012

Recenzja: Looper - pętla czasu.


Moje oczekiwania względem Loopera były spore, żeby nie powiedzieć monstrualne. Do tego entuzjastyczne recenzje specjalistów nakręcały mnie jeszcze bardziej. Aż mi się najnowszy Batman przypomniał : sytuacja była taka sama a film okazał się „zaledwie” dobry. Zresztą o oczekiwaniach pisałemjuż jakiś czas temu więc nie będę się powtarzał. Pozostają zatem dwa pytania: czy film okazał się tak dobry jak twierdzili krytycy i, co najważniejsze, czy Bruce Willis mimo 57 lat na karku nadal kopie dupy? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania to zapraszam do czytania!

Ale po kolei: zacznijmy od fabuły. Rok 2044 jest miejscem (i czasem), w którym działają tytułowi looperzy: pracujący dla mafii zabójcy. Jednym z nich jest główny bohater Loopera: Joe (Joseph Gordon-Levitt, z lekkopodrasowaną buźką). Szkopuł polega na tym, że zarówno mafia jak i przyszłe (to bardzo dobre słowo w tym kontekście) ofiary Joe’go znajdują się… 30 lat w przyszłości. Otóż bandziory wysyłają swoich przeciwników z roku 2074 w przeszłość, gdzie ludzie pokroju Joe’go witają ich flintą i poczęstunkiem w formie ołowiu, kasując przy tym ładną sumkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że podczas jednego ze zleceń Joe staje naprzeciwko siebie samego z przyszłości (Bruce Willis). Chwila wahania pozwala na ucieczkę temu drugiemu i tak zaczyna się wyścig z czasem: mafia bowiem nie wybacza takich wpadek.


Też bym chciał żeby moje starsze ja było Brucem Willisem
















Na początku chciałbym zaznaczyć, że to nie jest film akcji. Niektórzy mogli wyjść z mylnego założenia, że skoro w filmie gra Bruce to pewnie będzie sporo naparzania. Otóż nie moi drodzy! Looper jest thrillerem science-fiction i do tego cholernie dobrym! Poprzez przerzucenie ciężaru opowieści z akcji na postaci dostajemy wciągającą historię ze świetnie rozpisanymi i umotywowanymi postaciami. Muszę przyznać, że tak pełnowymiarowych kreacji nie widziałem w kinie już dawno – nie ma podziału na tych złych i dobrych, wszyscy funkcjonują w odcieniach szarości. Joe nie jest przyjemną w odbiorze postacią: w końcu jest ćpunem i mordercą ale i on potrafi wykrzesać z siebie uczucia, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali. Oczywiście same sekwencje akcji są obecne i niesamowicie trzymają w napięciu. Ja ze zdenerwowania siedziałem na krańcu fotela bezwiednie obgryzając paznokcie (w czym nie byłem sam – pozdrawiam mojego kinowego sąsiada z lewej). Świetnie się wpasowują w ogólną fabułę i nie czuje się, że są w jakikolwiek wymuszone – przeciwnie, każda jest umotywowana przez historię i stanowi jej integralną część.

Niezmiernie podobała mi się wizja Stanów Zjednoczonych z roku 2042: bród, ubóstwo i bezprawie są na porządku dziennym a brak zasobów naturalnych aż nadto widoczny w postaci alternatywnych rozwiązań w stylu paneli słonecznych na zdezelowanych samochodach. Uwagę zwraca też oszczędność efektów specjalnych nietypowa dla Hollywoodzkich produkcji science-fiction: reżyser nie ciska nam ich w twarz krzycząc „patrzcie jaki jestem wizjonerski” lecz umiejętnie trzyma je na wodzy. Jako że worek z superlatywami nadal mam otwarty, chciałbym kilkoma pozytywnymi epitetami sypnąć w stronę udźwiękowienia i aktorów. Hipnotyczna muzyka podparta jest mocnymi efektami dźwiękowymi (w końcu wystrzał z broni nie brzmi jak pierdnięcie przez słomkę z tłumikiem),  Aktorzy również spisali się na medal. Wcielający się w tą samą postać Levitt i Willis naprawdę stają na wysokości zadania.

Film mnie naprawdę oczarował i już od pierwszych chwil wessał w swój świat. Co jakiś czas, przy bardziej napiętych scenach, z sali kinowej wyrywał się okrzyk zdumienia; nawet mi samemu (często nieskoremu do głośnego reagowania na filmy) nieraz wyrwało się z ust donośne „o żeż w mordę”. Dla mnie jest to świetny film, opowiedziany z prawdziwą wirtuozerią i werwą. Jest też przede wszystkim świeży, co w dzisiejszych czasach sequeli i remake’ów jest ogromnym plusem. Do tego Willis należycie kopie dupy. Czego chcieć więcej?

Moja ocena: 9

środa, 31 października 2012

Disney kupuje Lucasfilm.


Jedną z najciekawszych wiadomości ostatnich dni jest transakcja dokonana przez Disneya. Otóż chłopaki od Myszki Miki i ferajny kupili sobie na własność Lucasfilm, wytwórnię należącą do niejakiego George’a „Nie-dam-spokoju-własnym-filmom” Lucasa – twórcę (są tacy którzy tego nie wiedzą?) sagi Gwiezdnych Wojen. Kupiona za cenę 4,05 miliarda dolarów wytwórnia dołącza tym samym do zakupionych wcześniej Pixara i Marvela (proszę powiedzcie mi, że nie muszę informować was co to?).

Ogólnie sama wiadomość przeszłaby bez większego echa gdyby nie jeden maciupki szczegół: zapowiedziano kolejną część Gwiezdnych Wojen! Nie serial animowany, nie serial z aktorami nawet nie animowany film tylko kolejny pełnoprawny epizod, tym razem opatrzony numerkiem 7! Poza tym, że planowany na 2015 Epizod 7 jest pierwszym z wielu mających być wydawanych co 2-3 lata epizodów nie znamy żadnych szczegółów. Ale to wystarczyło by wszyscy fani astmatycznego dyszenia i szermierki z latarkami w ręku zadrżeli z jednocześnie podniecenia i strachu. Podniecenia, bo to w końcu kolejna część ich ukochanej sagi, strachu bo jak można zrobić sensowny ciąg dalszy gdy wszyscy najważniejsi aktorzy ze starej trylogii dobijają właśnie do wieku Yody?


Można ich zastąpić głównymi postaciami z Disneya!











Dla tych, którzy obawiają się, że przejęcie przez Disneya spowoduje, że nagle Luke’owi wyrosną czarne, okrągłe uszy śpieszę z informacją: te same obawy pojawiły się w przypadku przejęcia Marvela a jakoś nie widzę Spidermyszy śmigającej pomiędzy wieżowcami. Do tego do Disneyowskiego zestawu księżniczek dołączyła nowa: Księżniczka Leia. Nie wiem jak wam ale mi perspektywa witającej mnie w takim stroju Lei w Disneylandzie bardzo przypadła do gustu. Ja sam podchodzę optymistycznie do tego projektu: a nuż urodzi się z niego coś naprawdę ciekawego i wartościowego? Hah, dobra prawie przekonałem sam siebie. Moje czarne myśli podsuwają mi następujące obrazy: zawadiacki aktor w roli Hana Solo próbujący (nieskutecznie) ile sił upodobnić się do Harrisona Forda, fabuła oparta na cudownym wskrzeszeniu Imperatora, przeładowanie efektami specjalnymi a to wszystko w naszym ukochanym 3D.

Cóż… i tak pójdę na to do kina, nieważne w jakiej formie zostanie to podane – bycie fanem zobowiązuje nie? Pozostaje mieć nadzieję, że ci ludzie wiedzą co robią… poza tym jest szansa, że w końcu ukatrupią Jar Jar Binksa! A to chciałbym zobaczyć w 3D.

czwartek, 4 października 2012

Czekamy na: Looper - pętla czasu



Moi drodzy muszę wam się do czegoś przyznać. Otóż… jaram się nowym filmem! Wiem wiem, nie jest to szczególne osiągnięcie w moim wypadku bo ostatnio łatwo daję się nabierać na to co prezentują trailery (ze „Szpiegiem” jako koronnym przykładem), ale przeczytajcie całą notkę… a nuż was też to zainteresuje? Zanim zacznę opisywać co mnie dokładnie tak nakręciło i czego się boję chciałbym wam zaprezentować trailer filmu „Looper – pętla czasu”:



Co mnie jara:
Zacznijmy od samej fabuły: podróże w czasie. Jak niektórzy z was wiedzą na samą myśl o takim filmie mam kisiel w majtkach. Dorzućcie do tego niebanalny pomysł gdzie główny bohater ściga samego siebie z przyszłości z zamiarem przeprowadzenia na nim (sobie?) kuracji ołowiem. Ich (jego?) starcia mogą być naprawdę ciekawym motorem napędowym fabuły. Nieźle, lecimy dalej. Z niepokojem graniczącym ze strachem czekałem na pojawienie się jakichkolwiek informacji o wersji w przewspaniałym 3D i okazało się, że takich nie ma bo… film będzie w pięknym i swojskim 2D! Alleluja! Ale jest jeszcze jedna, bardziej szokująca niż brak 3D wiadomość: film nie jest na podstawie. Nie jest to ani sequel ani prequel ani remake ani na podstawie książki, komiksu, serialu. Nie sądziłem, że takie rzeczy są w dzisiejszych czasach możliwe! Rozumiem, że Christopherowi Nolanowi i jego Incepcji pozwolono na coś takiego bo jego nazwisko to już wyrobiona marka, ale ładować kasę w taki projekt i to prawie, że debiutanta? Gdybym spotkał kolesia, który dał Looperowi zielone światło ze wzruszenia padłbym mu chyba w ramiona. Na koniec plusów chciałbym wspomnieć o obsadzie: wiecznie łysy Bruce Willis i będący obecnie na fali Joseph Gordon-Levitt oraz partnerująca im Emily Blunt to nazwiska z pierwszej ligii więc chyba nie będzie źle. Prawda?



Czego się boję:
Filmy o podróżach w czasie łatwo jest skaszanić. Nie jest trudno popełnić jakiś błąd w scenariuszu, tworząc tym samym olbrzymią lukę fabularną co do której twórcy udają, że jej nie widzą (pozdrawiam sagę o Terminatorze! Mała dygresja: wiecie czemu w drugiej części wysłali robota w przeszłość a nie faceta? Bo robot nie zapłodni nikogo w przeszłości). Nietrzymająca się kupy fabuła to moja największa obawa. Drugą niewiadomą jest tak naprawdę sam reżyser; rodzi się pytanie czy podoła z tak ciężkim materiałem jako debiutant? Jest też obawa, że film okaże się po prostu średni. Trailer robi smaka na wykwintne danie a film okazuje się być tylko suchą kanapką, ze starym serem i do tego trzymanym 3 dni w plecaku. Znacie to uczucie (oczywiście chodzi o zawód na filmie po ciekawym trailerze a nie o kanapkę)? Ja aż za dobrze.


Na dziś to by było na tyle. Film będzie miał polską premierę 2 listopada więc tak naprawdę pozostał nam miesiąc czekania. Nie mogę się doczekać! To będzie kolejna okazja żeby poddać testowi gramatykę polskiego języka w kontekście rozmów o podróżach w czasie. Aż żal że fikcyjna książka z uniwersum Autostopem Przez Galaktykę (polecam pierwsze 3 części z 5 części całej trylogii) pt. „1001 czasów dla podróżników w czasie” nigdy się nie ukazała bo znajomość czasu przyszłego półwarunkowego modyfikowanego subzwrotnowtórnoprzeszłoprzypuszczającocelowego mogłaby okazać się pomocna.

poniedziałek, 1 października 2012

Recenzja: ParaNorman.



Nowa poklatkowa animacja twórców (świetnej!) Koraliny wyszła tak naprawdę z zaskoczenia; oczywiście wiedziałem mniej-więcej co to za produkcja (tzn. pomijając fakt, że ciągle mi się myliła z inną tego typu animacją: Frankenweenie) ale nie wiązałem z nią żadnych nadziei ani też jakoś specjalnie nie czekałem na nią. Gdy okazało się, że ParaNorman wszedł już do kina szczerze mówiąc byłem trochę zaskoczony, że to już. Ale w końcu się wybrałem do kina na seans w 2D (gdyby nie było wersji bez efektu 3D pewnie bym nie poszedł) i wiecie co? Nie żałuję! Bawiłem się świetnie! Jeśli chcecie wiedzieć co dokładnie mi się podobało to zapraszam do dalszej części recenzji.

 
Ej! Ciszej tam na górze!




















Głównym bohaterem tej animacji jest Norman, młody chłopak, który wbrew temu co sugerowałoby jego imię jest daleki od normalności. Bo widzicie, wzorem dzieciaka z Szóstego Zmysłu, Norman widzi duchy i potrafi się z nimi porozumiewać. Tą niesamowitą zdolność nasz bohater okupił jednak brakiem przystosowania do życia w społeczeństwie, które ma go za dziwadło i świra. Oczywiście nie trwa to długo a to za sprawą pewnej wiedźmy, która zza grobu szykuje zemstę na mieszkańcach miasteczka za wyrządzone jej krzywdy. Jak to zwykle bywa w takich filmach tylko Norman i jego talent mogą uratować miasteczko.

Punkt wyjścia fabuły wieje sztampą i nudą prawda? Na szczęście to tylko wrażenie, bo ParaNorman wywraca wszelkie schematy horrorów do góry nogami serwując nam ciekawą opowieść wypełnioną naprawdę interesującymi postaciami. Szczerze mówiąc spodziewałem się typowej produkcji dla dzieciaczków ale twórcom udało się mnie zaskoczyć: to animacja dla trochę starszej widowni. Tematyka żartów i sposób przedstawienia niektórych sytuacji sprawiają, że rodzice powinni się zastanowić solidnie czy chcą brać swoje najmłodsze pociechy na ParaNormana (ale już jedenastolatkowie powinni się bawić dobrze). Animacja wypełniona jest po brzegi (niczym świeżo zakopany grób ziemią) specyficznym, czarnym humorem, co w połączeniu ze świetnymi tekstami naprawdę potrafi wywołać śmiech. Muszę przyznać, że poczucie humoru w ParaNormanie wyjątkowo mi się podobało. W filmie są nawet sceny, które trzymają mocno w napięciu (świetna końcówka!) ale całości udaje się utrzymać poziom dla nastolatków. Jeśli miałbym to do czegoś porównać to na myśl przychodzi mi taki starożytny serial: „Czy boisz się ciemności”. A czy jako starszy widz też dobrze się bawiłem? Oczywiście! Film pęka w szwach niczym trup topielca od nawiązań i zapożyczeń z kultowych horrorów, które z zapałem starałem się wyłowić. Ale i bez tego film naprawdę bawi i wciąga na całego.

Słówko o stronie technicznej. Jak już wspominałem, film jest wykonany techniką animacji poklatkowej i jeśli chodzi o stylistykę to plasuje się gdzieś pomiędzy Pixarem i Disneyem a groteskowymi animacjami spod znaku Tima Burtona. Zupełnie jak w Koralinie, całość animacji wsparta jest efektami komputerowymi, które nie dominują ale ładnie uzupełniają akcję. Chciałbym też wspomnieć o biednych animatorach postaci, którzy zasługują na uznanie ze względu na OGROM pracy włożony w produkcję. Ogólnie rzecz biorąc ParaNorman wyznacza nowe standardy w animacji poklatkowej. Całość do tego jest okraszona niezłym soundtrackiem, w którym wyróżnia się motyw potworów stylizowany na muzykę z lat 80-tych.

Podsumowując: ParaNorman jest bardzo dobrą, świetnie wykonaną animacją. Od pierwszych chwil urzeka i wciąga widza w przedstawiony świat. Film ten bawi się konwencjami gatunku jednocześnie oddając swoisty hołd największym klasykom. Osobiście bawiłem się przednio i dlatego też polecam wam!

środa, 19 września 2012

Nowy Trailer Hobbita.



Dziś będzie, krótko, na temat i bez ściemy. Poniżej prezentuję wam nowy zwiastun Hobbita:


Moje przemyślenia na temat zwiastuna? Po pierwsze: zwiastun pokazuje mnóstwo nigdy wcześniej nie widzianych scen, co w dzisiejszych czasach trailerowego recyklingu zasługuje na uznanie; oczywiście wszystkie te sceny pochodzą z pierwszej części z planowanej na trylogię serii (o tym więcej za chwilkę). Dobrze też widzieć, że nie nastąpiły żadne znaczące zmiany w obsadzie i np. Agent Smith pozostał Elrondem a Galadriela… Galadrielą (co ona tutaj właściwie robi?). Jedyne zastrzeżenie mam takie, że ten zwiastun, mimo faktu że super i w ogóle, nie kopie w szczękę tak jak poprzedni. Dlaczego, pytacie? Cóż przede wszystkim brakuje w nim tego:


Powróćmy jednak do kwestii Hobbita jako trylogii. Jakiś czas temu planowano jedynie dwie części. To i tak spotkało się z pewnym oporem, w końcu książka ma tylko 300 stron i wszyscy myśleli, że to tani skok na kasę. I według mnie mieli rację. Jednakże pod koniec lipca reżyser, Peter Jackson, ogłosił, że Hobbity będą trzy. W uzasadnieniu stwierdził, że warto by rozszerzyć uniwersum o historie zawarte w dodatkach książkowego „Władcy Pierścieni” i „Silmarillionu” oraz o notatki samego Tolkiena. Pierwszy, o pełnym tytule „Hobbit: Niezwykła Podróż” ukaże się 28 grudnia 2012; następne, czyli (jeszcze bez polskich tytułów) „Hobbit: The Desolation of Smaug” i „Hobbit: There and Back Again” swoją premierę będą miały kolejno w grudniu 2013 i lipcu 2014. Wszystkie w przepięknym, bezbłędnym i jakże potrzebnym 3D.

Według mnie to jest już tak oczywisty skok na kasę, że bardziej dałoby się tylko jeśliby twórcy napadli na prawdziwy bank. Ale… jeśli ktoś ma mnie okradać to wolę już Petera Jacksona, który czuje Śródziemie jak nikt inny. Ehh.. ponarzekałem trochę ale i tak wszyscy wiemy, że i tak pobiegnę na Hobbita wpodskokach, nie ważne ile części by miał.

sobota, 8 września 2012

Zmieniając scenariusze.



Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że scenariusz filmowy nigdy nie jest ostateczny. A to ktoś postanowi zaimprowizować (jak w jednej z najlepszych scenkiedykolwiek nakręconych), a to ktoś delikatnie zmieni scenariusz, a to ktoś uzna, że film, już po wypuszczeniu, jest za długi i go skraca, a to ktoś przerabia go milion razy narażając się na gniew fanów. Nieważne są powody… ważne jest, że to dzieje się na porządku dziennym. Niektóre zmiany wprowadzane po pokazach próbnych nie koniecznie muszą być dobre. Tak było np. w przypadku „Jestem Legendą” z Willem Smithem.

Przez cały film reżyser subtelnie dawał do zrozumienia, że te wampiro-podobne istoty tak naprawdę są rozumne, co miało naprawdę sporo sensu. I co? Reakcje na pierwotne zakończenie (można je zobaczyć tutaj) nie były pozytywne (nie wiem czemu) więc reżyser postanowił dokręcić inne, bardziej melodramatyczne, które jednak zadało kłam temu co przez cały film próbował osiągnąć. No ale cóż poradzić… w końcu nasz klient nasz pan. Ale właściwie to chciałem wam powiedzieć o jednej zmianie, która moim skromnym, subiektywnym zdaniem wyszła filmowi na dobre. Widzieliście „Leona Zawodowca”?

 
Nie? To nadrobić zaległości! Ale już!


















Lojalnie ostrzegam o spojlerach w dalszej części notki, więc jeśli nie chcecie sobie psuć filmu to nie czytajcie dalej. Tych z was, którzy już widzieli Leona zapraszam do dalszej lektury.

W połowie filmu widzimy, że relacja Leona i Mathildy robi się coraz bardziej napięta; czuć, że coś wisi w powietrzu, ale jako, że Mathilda jest jeszcze dzieckiem (w filmie ma jakieś 12 lat o ile pamięć mnie nie myli) do niczego nie dochodzi. W pewnym momencie jesteśmy świadkami sceny, w której Leon budzi się i zdaje sobie sprawę, że mała dziewczynka wpatruje się w niego intensywnie. I to by było na tyle, całe to napięcie nie wychodzi ponad to. Oczywiście jest też wersja międzynarodowa filmu, w której Mathilda, w noc poprzedzającą tą scenę próbuje namówić Leona na seks, lecz on znajduje jakąś wymówkę i ją spławia.

 
Byłbym… kiepskim kochankiem. (Serio tak powiedział)








To nic jednak w porównaniu do oryginalnego scenariusza, który można bez problemu znaleźć w necie, gdzie Leon naprawdę uprawia seks. Z dwunastolatką. Płacząc. Najgorszy jednak w tym wszystkim jest sposób w jaki scenarzysta opisał tą scenę. Zresztą sami zobaczcie (możecie klikać na zdjęcie - będzie w większej rozdzielczości):















Dla tych co nie szprechają po angielsku chciałbym zaprezentować moje własne tłumaczenie podkreślonych fragmentów:


#1: „Mathilda jest zbyt młoda, ale jest też jednocześnie zbyt piękna, zbyt śliczna, zbyt słodka i zbyt delikatna… Słodko, bardzo słodko, wchodzi na niego”

#2: „Ale, do diabła, jak pięknie jest zobaczyć ich uprawiających słodką miłość”

Kurde, nie wiem jak wam ale mi zapala się lampka ostrzegawcza oznaczona plakietką „ktoś tu jest chyba chorym zbokiem”. Rozumiem, że scenarzysta chciał pokazać w jaki sposób miłość do rodziców może się przenosić na kogoś innego (co ponoć jest badane przez psychologów), ale kurde to nie tak powinno wyglądać nie? Dlatego też decyzję o wycięciu tej sceny ze scenariusza przyjmuję z ulgą. W ten sposób dostajemy film, który sugeruje, który podsuwa pewne pytania ale nie łopatologicznie i sama kwestia pozostaje w sferze gdybań. Oczywiście chodzi w nim o więź jaka się tworzy między tymi dwoma bohaterami ale ta więź ma trochę inny charakter niż sobie wymyślił twórca pierwotnego scenariusza. A wy jak myślicie? Która wersja jest według was lepsza?

To by było dziś na tyle. Na pewno wrócę jeszcze do tego tematu, bo przykładów jest całkiem sporo. A na koniec chciałbym powiedzieć, że ktoś powinien chyba przeszukać komputer tego scenarzysty. Tak na wszelki wypadek.