Pokazywanie postów oznaczonych etykietą looper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą looper. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 listopada 2012

Recenzja: Looper - pętla czasu.


Moje oczekiwania względem Loopera były spore, żeby nie powiedzieć monstrualne. Do tego entuzjastyczne recenzje specjalistów nakręcały mnie jeszcze bardziej. Aż mi się najnowszy Batman przypomniał : sytuacja była taka sama a film okazał się „zaledwie” dobry. Zresztą o oczekiwaniach pisałemjuż jakiś czas temu więc nie będę się powtarzał. Pozostają zatem dwa pytania: czy film okazał się tak dobry jak twierdzili krytycy i, co najważniejsze, czy Bruce Willis mimo 57 lat na karku nadal kopie dupy? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania to zapraszam do czytania!

Ale po kolei: zacznijmy od fabuły. Rok 2044 jest miejscem (i czasem), w którym działają tytułowi looperzy: pracujący dla mafii zabójcy. Jednym z nich jest główny bohater Loopera: Joe (Joseph Gordon-Levitt, z lekkopodrasowaną buźką). Szkopuł polega na tym, że zarówno mafia jak i przyszłe (to bardzo dobre słowo w tym kontekście) ofiary Joe’go znajdują się… 30 lat w przyszłości. Otóż bandziory wysyłają swoich przeciwników z roku 2074 w przeszłość, gdzie ludzie pokroju Joe’go witają ich flintą i poczęstunkiem w formie ołowiu, kasując przy tym ładną sumkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że podczas jednego ze zleceń Joe staje naprzeciwko siebie samego z przyszłości (Bruce Willis). Chwila wahania pozwala na ucieczkę temu drugiemu i tak zaczyna się wyścig z czasem: mafia bowiem nie wybacza takich wpadek.


Też bym chciał żeby moje starsze ja było Brucem Willisem
















Na początku chciałbym zaznaczyć, że to nie jest film akcji. Niektórzy mogli wyjść z mylnego założenia, że skoro w filmie gra Bruce to pewnie będzie sporo naparzania. Otóż nie moi drodzy! Looper jest thrillerem science-fiction i do tego cholernie dobrym! Poprzez przerzucenie ciężaru opowieści z akcji na postaci dostajemy wciągającą historię ze świetnie rozpisanymi i umotywowanymi postaciami. Muszę przyznać, że tak pełnowymiarowych kreacji nie widziałem w kinie już dawno – nie ma podziału na tych złych i dobrych, wszyscy funkcjonują w odcieniach szarości. Joe nie jest przyjemną w odbiorze postacią: w końcu jest ćpunem i mordercą ale i on potrafi wykrzesać z siebie uczucia, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali. Oczywiście same sekwencje akcji są obecne i niesamowicie trzymają w napięciu. Ja ze zdenerwowania siedziałem na krańcu fotela bezwiednie obgryzając paznokcie (w czym nie byłem sam – pozdrawiam mojego kinowego sąsiada z lewej). Świetnie się wpasowują w ogólną fabułę i nie czuje się, że są w jakikolwiek wymuszone – przeciwnie, każda jest umotywowana przez historię i stanowi jej integralną część.

Niezmiernie podobała mi się wizja Stanów Zjednoczonych z roku 2042: bród, ubóstwo i bezprawie są na porządku dziennym a brak zasobów naturalnych aż nadto widoczny w postaci alternatywnych rozwiązań w stylu paneli słonecznych na zdezelowanych samochodach. Uwagę zwraca też oszczędność efektów specjalnych nietypowa dla Hollywoodzkich produkcji science-fiction: reżyser nie ciska nam ich w twarz krzycząc „patrzcie jaki jestem wizjonerski” lecz umiejętnie trzyma je na wodzy. Jako że worek z superlatywami nadal mam otwarty, chciałbym kilkoma pozytywnymi epitetami sypnąć w stronę udźwiękowienia i aktorów. Hipnotyczna muzyka podparta jest mocnymi efektami dźwiękowymi (w końcu wystrzał z broni nie brzmi jak pierdnięcie przez słomkę z tłumikiem),  Aktorzy również spisali się na medal. Wcielający się w tą samą postać Levitt i Willis naprawdę stają na wysokości zadania.

Film mnie naprawdę oczarował i już od pierwszych chwil wessał w swój świat. Co jakiś czas, przy bardziej napiętych scenach, z sali kinowej wyrywał się okrzyk zdumienia; nawet mi samemu (często nieskoremu do głośnego reagowania na filmy) nieraz wyrwało się z ust donośne „o żeż w mordę”. Dla mnie jest to świetny film, opowiedziany z prawdziwą wirtuozerią i werwą. Jest też przede wszystkim świeży, co w dzisiejszych czasach sequeli i remake’ów jest ogromnym plusem. Do tego Willis należycie kopie dupy. Czego chcieć więcej?

Moja ocena: 9

czwartek, 4 października 2012

Czekamy na: Looper - pętla czasu



Moi drodzy muszę wam się do czegoś przyznać. Otóż… jaram się nowym filmem! Wiem wiem, nie jest to szczególne osiągnięcie w moim wypadku bo ostatnio łatwo daję się nabierać na to co prezentują trailery (ze „Szpiegiem” jako koronnym przykładem), ale przeczytajcie całą notkę… a nuż was też to zainteresuje? Zanim zacznę opisywać co mnie dokładnie tak nakręciło i czego się boję chciałbym wam zaprezentować trailer filmu „Looper – pętla czasu”:



Co mnie jara:
Zacznijmy od samej fabuły: podróże w czasie. Jak niektórzy z was wiedzą na samą myśl o takim filmie mam kisiel w majtkach. Dorzućcie do tego niebanalny pomysł gdzie główny bohater ściga samego siebie z przyszłości z zamiarem przeprowadzenia na nim (sobie?) kuracji ołowiem. Ich (jego?) starcia mogą być naprawdę ciekawym motorem napędowym fabuły. Nieźle, lecimy dalej. Z niepokojem graniczącym ze strachem czekałem na pojawienie się jakichkolwiek informacji o wersji w przewspaniałym 3D i okazało się, że takich nie ma bo… film będzie w pięknym i swojskim 2D! Alleluja! Ale jest jeszcze jedna, bardziej szokująca niż brak 3D wiadomość: film nie jest na podstawie. Nie jest to ani sequel ani prequel ani remake ani na podstawie książki, komiksu, serialu. Nie sądziłem, że takie rzeczy są w dzisiejszych czasach możliwe! Rozumiem, że Christopherowi Nolanowi i jego Incepcji pozwolono na coś takiego bo jego nazwisko to już wyrobiona marka, ale ładować kasę w taki projekt i to prawie, że debiutanta? Gdybym spotkał kolesia, który dał Looperowi zielone światło ze wzruszenia padłbym mu chyba w ramiona. Na koniec plusów chciałbym wspomnieć o obsadzie: wiecznie łysy Bruce Willis i będący obecnie na fali Joseph Gordon-Levitt oraz partnerująca im Emily Blunt to nazwiska z pierwszej ligii więc chyba nie będzie źle. Prawda?



Czego się boję:
Filmy o podróżach w czasie łatwo jest skaszanić. Nie jest trudno popełnić jakiś błąd w scenariuszu, tworząc tym samym olbrzymią lukę fabularną co do której twórcy udają, że jej nie widzą (pozdrawiam sagę o Terminatorze! Mała dygresja: wiecie czemu w drugiej części wysłali robota w przeszłość a nie faceta? Bo robot nie zapłodni nikogo w przeszłości). Nietrzymająca się kupy fabuła to moja największa obawa. Drugą niewiadomą jest tak naprawdę sam reżyser; rodzi się pytanie czy podoła z tak ciężkim materiałem jako debiutant? Jest też obawa, że film okaże się po prostu średni. Trailer robi smaka na wykwintne danie a film okazuje się być tylko suchą kanapką, ze starym serem i do tego trzymanym 3 dni w plecaku. Znacie to uczucie (oczywiście chodzi o zawód na filmie po ciekawym trailerze a nie o kanapkę)? Ja aż za dobrze.


Na dziś to by było na tyle. Film będzie miał polską premierę 2 listopada więc tak naprawdę pozostał nam miesiąc czekania. Nie mogę się doczekać! To będzie kolejna okazja żeby poddać testowi gramatykę polskiego języka w kontekście rozmów o podróżach w czasie. Aż żal że fikcyjna książka z uniwersum Autostopem Przez Galaktykę (polecam pierwsze 3 części z 5 części całej trylogii) pt. „1001 czasów dla podróżników w czasie” nigdy się nie ukazała bo znajomość czasu przyszłego półwarunkowego modyfikowanego subzwrotnowtórnoprzeszłoprzypuszczającocelowego mogłaby okazać się pomocna.