czwartek, 28 marca 2013

Top 5 najstraszliwszych zgonów w bajkach Disneya.



Ah, jakże cudownie by było żyć w świecie Disneya! Ubierać się przy pomocy zwierząt z pobliskiego lasu, przeżywać fantastyczne przygody, mieć przezabawnego zwierzęcego przyjaciela, który na pewno umie mówić (głosem znanej osoby) a do na koniec ożenić się z piękną księżniczką (po uprzednim pozbyciu się teściowej – zazwyczaj złej czarownicy). Normalnie bajka! No, chyba że przypadłaby nam w udziale rola czarnego charakteru: wtedy mamy przekichane na całego.

30 z nich już nigdy nie wyda z siebie demonicznego śmiechu
Zacznijmy od tego, że główny wróg umiera w większości produkcji z Disneya i to bynajmniej nie ze starości. Dlatego scenarzyści Disneya często dwoją się i troją by ukazać śmierć Tego Złego w taki sposób by nie naruszyć delikatnej psychiki dziecka – widza. Zazwyczaj więc wygląda to tak, że biedaczysko jest strącane w przepaść i nie widać bezpośredniego momentu jego śmierci. Ale czasami u scenarzystów do głosu dochodzi ich wewnętrzny psychopata i przygotowują bardziej spektakularny zgon. Weźmy na przykład takiego Frollo z „Dzwonnika z Notre Dame”. Nie dość, że spadając z katedry Notre Dame rozplaskał się na ziemi, to jeszcze spadł w płomienie a na dodatek przygniótł go jeszcze kamienny gargulec. To większa miazga niż to co z twarzą Juniora zrobił Bruce Willis w „Sin City”. Na szczęście zgony nie są ograniczone tylko i wyłącznie do upadków i to na nich chciałbym się skupić dzisiaj. Przed wami: lista 5 najciekawszych, najbrutalniejszych i najstraszniejszych śmierci z bajek Disneya!

Miejsce 5: Matka Gertruda
Mamuśka, która zawsze wie lepiej od swojej córeczki – Roszpunki wystąpiła w „Zaplątanych”. Mimo, że jej śmierć nie wydaje się wyjątkowo drastyczna, to uwierzcie mi: to musiało boleć. Wyobraźcie sobie zestarzeć się o kilkaset lat zaledwie w kilka sekund. Ból musiał być niewyobrażalny – wystarczy spojrzeć na jej reakcję i grymasy, szczególnie gdy naciągnęła miłosiernie kaptur na twarz. Podczas gdy wszystkie jej narządy w przyśpieszonym tempie zamieniały się w pył, ona miała jeszcze na tyle sił żeby szamotać się po całej wieży i (z małą pomocą) wypaść przez okno. Na ziemię spadł jednak już sam pył w pelerynie a Matka Gertruda dołączyła w ten sposób do grona naśladowców Obi-Wana. Tylko, że on nie wył jak potępiony. Aha.. jeszcze jedno: całe szczęście, że nałożyła kaptur – zmiany jakie przeszła jej twarz musiały być okropne. Nie możecie sobie tego wyobrazić? Nie musicie! Ta znana scena z Indiany Jonesa IDEALNIE to ilustruje.

Miejsce 4: Arrow i Scroop
MEGA niedoceniona „Planeta Skarbów” dostarcza nam aż dwóch okropnych zgonów. Mimo, że śmierć obu tych „panów” nie jest pokazana na ekranie, chciałbym rozważyć co się dzieje z nimi po tym jak wypadają poza okręt. Zajmijmy się pierw Arrowem, któremu w udziale przypada śmierć w czarnej dziurze. Zostaje on poddany procesowi znanemu jako „spagettifikacja” (śmiejcie się śmiejcie!), który mimo zabawnej nazwy jest okropną torturą. Pan Arrow zostanie więc rozerwany w połowie (na wysokości kręgosłupa) przez panujące tam różnice w grawitacji, ale przeżyje gdyż najważniejsze narządy pozostaną nienaruszone. Pan Arrow dostał zatem miejsce w pierwszym rzędzie na spektakl pod nazwą „rozrywanie ciała na poziomie atomowym”. Następnie to co zostało znowu będzie rozerwane na pół I tak kilka lub nawet kilkaset razy – rozrywany na coraz to mniejsze fragmenty. Okropność. Trochę lżej miał pan Scroop, który poprostu odleciał w kosmos, gdzie jego ciało zostało zamrożone praktycznie w ułamku sekundy. Ale zanim się to stało, jego olbrzymie gałki oczne zostały wyssane z oczodołów. On sam natomiast, już po strasznej śmierci, skazany został na wieczną wędrówkę przez pustkę kosmosu. Chyba, że, jako kosmita, jest w stanie przeżyć w próżni: wtedy czeka na niego „tylko” lot przez nieprzeniknioną czerń i śmierć w wyniku odwodnienia/głodu.

Miejsce 3: Urszula
Książe Eryk z „Małej Syrenki” parkuje statkiem w brzuchu monstrualnie obleśnej Urszuli. I pomyśleć, że nas tak cholernie boli jak mamy drzazgę w palcu… Przyjrzyjcie się 0:04 sekundzie filmiku: coś takiego książę zamontował w jelicie Urszuli przebijając ją na wylot. Najbardziej wymowne jest jej puste spojrzenie, świadczące o prawie natychmiastowej śmierci. Gdzieś w najniższym kręgu piekła Vlad Palownik bije brawo.




Miejsce 2: Skaza
„Król Lew” dostarczył nam bardzo drastyczną scenę śmierci. Skaza, został pożarty żywcem przez Hieny. Jeśli jest jedno czego mnie nauczyło Animal Planet to tego, że Hieny często nie przejmują się czy ich ofiara żyje czy nie gdy przystępują do ucztowania. W trakcie takiego posiłku hiena wchodzi sobie do środka unieruchomionego zwierzęcia (pamiętajcie, że nadal żywego) i zaczyna sobie wyjadać takie kęski jak wątroba. Do tego dodajmy siłę szczęk pozwalającą bez problemu gryźć na kawałki kości a otrzymamy śmierć, przy której śmierć w Żelaznej Dziewicy wydaje się jak zgon przez łagodne łaskotanie. Tak więc zjedzony żywcem Skaza dostarcza nam okropnie drastycznych wrażeń (a Herkulesowi gustownego płaszczyka) ale to i tak nie jest według mnie najgorsze co może spotkać czarnego charaktera.




Miejsce1: Dr Facilier
Ten kawał skurczybyka z „Księżniczki i żaby” dostał to na co zasłużył… a nawet chyba za dużo. Ja rozumiem, że zawieranie interesów z duchami Voodoo to nie przelewki, ale gdy spod ziemi zaczynają wychodzić zombi-laleczki, dookoła pojawiają się śpiewające upiorną pieśń Voodoo-maski i gdy nawet Twój cień zaczyna robić pod siebie to wiedz że jest źle. Gdy oszalały ze strachu Facilier jest wciągany przez nagrobek naprawdę zrobiło mi się go żal. Wisienką na torcie jest jego mina, która pojawia się na nagrobku. Brr.. aż mi się zimno robi. Co stało się z jego duszą? Mam nadzieję, że nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie.


sobota, 23 marca 2013

Sobota z soundtrackiem: Tron Dziedzictwo



Uwaga Programy! Dzisiaj na wyświetlaczu macie okazję podziwiać odcinek nr 3 serii notek o soundtrackach. Tym razem pod mikroskop trafia ścieżka dźwiękowa z filmu Tron: Dziedzictwo popełniona przez duet w hełmach – Daft Punk. Ścieżka dźwiękowa, która, powiem wam już teraz, wymiata. Jest tak dobra, że złośliwcy twierdzą, że sam film jest 2 godzinnym teledyskiem.

Ale, ale… nie spawnowaliśmy się tutaj by wymieniać linie dialogowe o filmie prawda? A więc: z grubsza soundtrack można podzielić na dwie części – jedną zajmują utwory zdominowane przez motywy czysto symfoniczne a drugą elektroniczny orgazm znany też jako „nagrania zrobione przez Daft Punk”. Przyjrzyjmy się więc poszczególnym częściom, zaczynając od tej, w której dominuje orkiestra. O dziwo jest ona.. mocno standardowa. Partie smyczkowe mimo, że ujęte w ramy bardzo prostego motywu przewodniego tutaj sprawdzają się świetnie. Oczywiście to może być kompletnie moje wrażenie, gdyż na dźwięk jakichkolwiek skrzypiec aż mi piksele w ciele wibrują. Zresztą, sprawdźcie sobie sami: macie tutaj utwór o nazwie „Flynn Lives”, rozpoczynający się najbardziej oczywistymi skrzypcami jakie słyszałem. Ale co z tego! Brzmi to fantastycznie! Oprócz niego jest jeszcze kilka czysto symfonicznych utworów (no z małymi elektro-wstawkami), z których na wymienienie zasługuje „Adagio forTRON”, w którym ładnie, szczególnie w ostatnich sekundach, przebrzmiewa smutek opowieści o upadku tworów ISO.

Druga część to natomiast czysto elektroniczne nagrania takie jak słynny „Derezzed”. Pozornie chaotyczne, stało się prawdziwą wizytówką całego filmu, na długo przed premierą. Mimo, że ma w sobie jakiś taki magnetyzm to przyznam wam się, że tak przewałkowałem to nagranie, że teraz nie jestem w stanie go słuchać. Ale na obronę powiem, że znam ludzi, którzy z całego soundtracka lubią jedynie to nagranie. Znacznie bardziej podoba mi się „Solar Sailer”, dający słuchaczom wytchnienie i ładnie współgrający z chwilą zadumy w scenie z tym utworem. Na równi z nim (i wyżej niż „Derezzed”) stawiam też „End of line”, który najbardziej ze wszystkich nagrań nosi na sobie znamiona duetu w kaskach. Świetna linia melodii poprzecinana wstawkami dźwiękowymi jak z gier z epoki 8-bitów.

Według mnie najlepiej z całego soundtracka prezentują się utwory, które łączą klasyczne instrumenty z elektronicznym brzmieniem. Taki choćby „C.L.U”, towarzyszący dynamicznej scenie walki w powietrzu. Dwa, zdawałoby się przeciwne, motywy współgrają ze sobą w ładnej harmonii, co słychać chyba najbardziej w połowie nagrania. W bardzo podobnym tonie utrzymany jest „TheGame Has Changed”. Moje ulubione utwory?


Przede wszystkim fenomenalny „Disc Wars” (skrzypce, skrzypce, skrzyyyypce!!), w którym w połowie orkiestra symfoniczna oddaje pałeczkę komputerowi. Szczerze, za każdym razem gdy mam coś napisać ten utwór leci w tle; jest taki… motywujący i zagrzewający. Po prostu świetna robota! Drugi, z moich ulubionych utworów to „The Grid”.


Fenomenalna wstawka z Jeffem Bridgesem (grającym jedną z głównych partii w filmie) w roli narratora opisującym świat Sieci PRAWIE dorównuje narratorskim dokonaniom takiej jednejosoby. Po jego gadce następuje bardzo ładny motyw elektroniczny, świetnie wprowadzający w nastrój całego soundtracka.

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o nagraniu, które nie znalazło się na płycie ze ścieżką dźwiękową. Mam tu na myśli „Separate Ways(Worlds Apart)”, które pojawia się, gdy pierwszy raz od 20 lat ktoś wchodzi do salonu gier. Świetne nagranie, stanowiące nie dość, że komentarz odnośnie relacji głównego bohatera z ojcem, to świetną grę na nostalgii, przypominającą mi czasy gdy podobne piosenki leciały w salonach do których ja chodziłem. Także tego… nigdy nie byłem dobry w pisaniu zakończeń więc ujmę to tak: to koniec tej notki. Tradycyjnie zapraszam do komentowania i sugerowania co mam zrecenzować za tydzień.

sobota, 16 marca 2013

Sobota z soundtrackiem: Incepcja



W dzisiejszym wydaniu soundtrackowej soboty chciałbym przedstawić wam ścieżkę dźwiękową ze świetnego filmu z 2010 roku pt. „Incepcja”. Napisana przez jednego z najbardziej znanych kompozytorów na świecie, Hansa Zimmera, głównie zapadła mi w pamięć jako „ta, która dała światu instrumenty dęte blaszane”. Oraz pewien dźwięk, z którego szydzili nawet w South Parku (a z czego oni jeszcze nie szydzili?), i który został rozwodniony w innych zwiastunach.

buuooooaaaahhh!

Ciekawe jest, że utwór z trailera – „Mind Heist” został napisany nie przez Zimmera ale przez innego kompozytora: Zacka Hemseya i to wyłącznie na potrzeby zwiastuna. Samo nagranie to czysta epickość. Proponuję eksperyment: włączcie sobie go w tle podczas wykonywania codziennych obowiązków. Zwykłe pójście do kibelka urasta wtedy do rangi wyprawy w celu uratowania świata czy czegoś równie epickiego. Dlatego za skandal uznaję decyzję o niewłączeniu „Mind Heist” do reszty soundtracka. Na szczęście sama ścieżka dźwiękowa też się broni i to głównie za sprawą kanonady dętych blaszaków. Oprócz charakterystycznych motywów (buuooooaaaahhh!) słyszymy też całkiem sporo elektronicznych sampli, które jednak nie wybijają się ponad dźwięki orkiestry.

Osobiście moim ulubionym utworem jest przepiękny „Time”: spokojny na początku, powolutku jest uzupełniany przez kolejne instrumenty, a gdy do całości dołącza gitarka elektryczna całość nabiera mocy. Zresztą posłuchajcie sami:



Zaraz po „Time” najczęściej wałkowanymi przeze mnie utworami są „528491” i, jakżeby inaczej, „Dream is Collapsing”. Ten pierwszy w ciągu swoich 2:23 minut bardzo ładnie buduje napięcie by na sam koniec eksplodować znanymi już wszystkim (klikacie linki prawda?) dźwiękami. Z kolei „Dream is Collapsing”… oh cóż to za nuta! Genialnie wpisująca się w akcję filmu, nadająca mu niesamowitego dynamizmu. Broni się także po wyjęciu jej z kontekstu obrazu. Jakiś czas po premierze filmu i soundtracku co i rusz się natykałem na komentarze użytkowników Youtube’a, którzy sugerowali coś w stylu: ścisz dźwięki w tym klipie i w tle puść „Dream is Collapsing”. Nie dziwię się kurde. Puszczone w tle to nagranie może sprawić, że obrady sejmu nabiorą rangi i ważności (nie wspominając o pięknych ujęciach przyrody).

W filmie główni bohaterowie używają pięknej piosenki Édith Piaf „Non, je ne regrette rien”, jako sygnału do wybudzania się. Samej piosenki w całości niestety nie uświadczymy na ścieżce dźwiękowej, jedynie kilka jej sekund zostało wplecione w utwór „Waiting for a train”. Z samym nagraniem wiąże się bardzo ciekawa rzecz. W filmie bohaterowie schodzą na różne poziomy snu co objawia się między innymi zwolnieniem upływu czasu; parę godzin na jednym poziomie trwać może 10sekund na poziomie wyżej. To ma swoje odniesienie w soundtracku: Otóż pierwsze dźwięki „Non, je ne regrette rien” zostały spowolnione przez Hansa Zimmera, dając nam słuchaczom główny motyw filmu (copotwierdza poniższy link)! Świetne zagranie Hans!

Na dzisiaj to tyle. Jak zawsze, jeśli macie jakieś sugestię odnośnie soundtracków do zanalizowania przeze mnie, zostawiajcie je w komentarzach. Podobałby się wam pomysł by przybliżać też sylwetki kompozytorów?

czwartek, 14 marca 2013

Czekamy na: Kick-Ass 2


Co jest lepsze od filmu o super-bohaterze? Latami najstarsi mędrcy i filozofowie łamali sobie głowy nad tym problemem aż tu nagle w zeszłym roku jak poznaliśmy odpowiedź: film o grupie super-bohaterów. Zawsze miło się ogląda zgraję zupełnie odmiennych indywiduów (koniecznie 2-3 skłóconych ze sobą!) kopiących złu metaforyczny zadek. Z tego też założenia chyba wyszli twórcy kolejnej części przebojowej ekranizacji komiksu z 2010 roku pod tytułem Kick-ass. Bez kolejnych przestojów prezentuję wam trailer Kick-assa 2!
Co mnie jara:
Pierwsza część przypadła mi do gustu głównie za sprawą bezkompromisowości i świeżości. Film o super-bohaterach, którzy nie mają żadnych mocy? Gdzie główny bohater jest ciołkiem i miernotą? Ale potem pojawia się Hit-Girl (ahh… Chloe), miotająca na lewo i prawo obelgami i uciętymi kończynami 12-latka, która udowadnia nam, że to tak naprawdę ostra jazda bez zapiętych pasów pod prąd na autostradzie z niewidomym za kierownicą (uwaga: mogę trochę przesadzać). Cóż… już po stroju i nazwie głównego złego z drugiej części („Mother Fucker”), którego cenzurowali w jednym z trailerów, śmiem twierdzić, że film w całości pójdzie po bandzie. I dobrze. Natomiast gustowna zbroja głównego bohatera sugeruje, że i mu tym razem przypadnie w udziale trochę więcej akcji, co mnie nawet cieszy. Oglądanie po raz kolejny go jako ultra-ciołka już nie byłoby takie fajne; wystarczy że będzie po prostu ciołkiem. Do tego bardzo ciekawie zapowiada się rola Jima Carreya jako Pułkownika Pasiastego Sztandara, który o dziwo nie robi swoich firmowych min! Szok! Tak dalej pójdzie to może nawet Johnny Depp przestanie grać Jacka Sparrowa w każdym kolejnym filmie!

Co mnie ziębi:
Dobra wiem, że każda opowieść o bohaterach musi mieć swojego wujka Bena, ale po raz kolejny jak mam oglądać taki motyw to mi się robi smutno. Pozostaje liczyć na to, że jak wszystko w tym filmie tak i ta klisza zostanie wywrócona do góry nogami. Pierwsza część miała też świetny soundtrack i mam nadzieję, że tak zostanie (chociaż leciutki dubstep w trailerze uruchamia mój zmartwienio-metr). Poza tym chyba nie mam się co martwić prawda? Naprawdę nie wiem jak mieliby to schrzanić.

Według filmwebu premiera 3 sierpnia ale jako, że podają iż równocześnie na świecie i w Polsce to szczerze wątpię. Czas pokaże a ja będę was oczywiście informował. Tym, którzy nie widzieli Kick-ass, chciałbym go z całego serca polecić! Ten film naprawdę kopie dupy!

wtorek, 12 marca 2013

Klątwa Czwartej Części.


Ci z was, którzy znają mnie osobiście, wiedzą, że mam pewną teorię odnośnie filmów. Otóż uważam, że istnieje coś takiego jak Klątwa Czwartej Części, która zazwyczaj dotyka odnoszące sukcesy serie filmów. Wygląda to zazwyczaj następująco: nakręciliście zadziwiająco świetny film mając za inspirację przejażdżkę w parku rozrywki? Świetnie! Doróbmy jeszcze dwie połączone ze sobą części (najlepiej żeby druga część kończyła się słowami „ciąg dalszy nastąpi”) i wmówmy, że od początku planowaliśmy trylogię. Odczekajmy kilka lat i gdy ludzie zaczną zapominać o naszej serii zaserwujmy im zrobioną na szybko i tylko dla kasy czwartą część. To nie może się nie udać! Chcecie przykładów na potwierdzenie mojej teorii? Proszę bardzo!

Zaczniemy od „Piratów z Karaibów: Na nieznanych wodach”, które powinno być koronnym przykładem w podręczniku pt. „Jak zarżnąć świetną serię filmów.” Nudne, ciemne, na siłę, bezpłciowe i bezsensowne. No i wątek księdza i syreny, który wywoływał u mnie spazmy zażenowania (i spontaniczny wybuch radości jak go załatwili). Zastanawiałem się w jaki sposób twórcy zmusili Johnny’ego Deppa do zagrania w tej porażce ale dowiedziałem się, że zgodził się zagrać bez czytania scenariusza. I wszystko jasne. Lecimy dalej – w kosmos. Seria o „Obcych” ustanowiła standardy kręcenia filmów Sci-fi koniec kropka. No… przynajmniej pierwsze dwie części. Czwarta część, „Obcy: Przebudzenie” była tak boleśnie słaba, że po obejrzeniu jej po raz pierwszy chciałem umieścić twórców tego filmu na pokładzie USM Auriga, gdy lądował na Ziemi (zabijając wszystkich ludzi w Afryce). Przez następny miesiąc cierpiałem na Zespół Stresu Pourazowego. Indiana Jones 4? Pamiętacie scenę bujania się na lianach? Ja też niestety. Nawet stare, dobre „Gwiezdne Wojny” i ich „Mroczne Widmo” potwierdzają tą teorię. Jar – Jar Binks, postać która miała wprowadzić trochę komizmu jest tak samo śmieszna jak śmierć przez zjedzenie paczki gwoździ. Dorzućcie do tego Szklaną Pułapkę 4 (scena z myśliwcem położyła cały film), Szczęki IV i jego rekin który szuka zemsty na mordercach jego kolegi (nie ściemniam!) czy Shrek 4 z którego pamiętam tylko to, że występował w nim jakiś zielonoskóry gostek by się przekonać, że naprawdę coś jest na rzeczy.

Ale dlaczego o tym piszę? Bo Hollywood szykuje kolejny gwałt na naszych sentymentach, tym razem pod postacią… Jurassic Park IV! Tendencję zniżkową dało się już zauważyć w przypadku 3ciej części ale to co zobaczyłem na szkicach koncepcyjnych z czwartej części sprawiło, że piszczałem ze strachu jak mała dziewczynka. Wychodzi na to, że motywem przewodnim czwartej części miało być łączenie DNA ludzi i dinozaurów. Zanim je obejrzycie chciałbym zaznaczyć, że studio wycofało się z tego projektu, ale sam pomysł był na tyle zaawansowany, że zaczęli już robić modele dinozaurów. To oznacza, że jakiś ważniak w garniturze przez długi czas myślał, że to dobry pomysł. Już lepiej byłoby wysłać je w kosmos jako narzędzie walki z Nazistami czy cośtam (mam na to prawa autorskie!). Dobra dość już tej paplaniny… poniżej macie zdjęcia (brrr..) ludziozaurów.









No nie, to jest jakaś masakra. T-rex z długimi przednimiłapami? Dinozaur, który ewidentnie pozuje dla Leonardo Di Capriow Titanicu? Rozumiem, że można zniszczyć czyjś sentyment dla pieniędzy ale te rysunki to jak nalot dywanowy na fanów trylogii Jurassic Park. Ech.. na dziś to na tyle. Chociaż nie… chciałbym skorzystać z okazji i powiedzieć: jeśli ktoś tknie „Powrót do przyszłości” z zamiarem kręcenia kolejnej części to zamontuję mu w tylnej części ciała strzelbę. I pociągnę za spust.

sobota, 9 marca 2013

Sobota z soundtrackiem: Wall-e



Witajcie! Chciałbym wam zaprezentować nowy cykl notek na Kino Myśli! Jako, że z częstotliwością dodawania notek ostatnio było dość… krucho, postanowiłem, że co tydzień w sobotę będę wam prezentował nowy soundtrack. Mam nadzieję, że korzyści będą dwustronne: wy miło spędzicie czas przy świetnej muzyce a ja wprowadzę trochę więcej systematyczności. Oczywiście co by nie było zbyt monotonnie poszczególne notki o soundtrackach będę starał się przetykać normalnymi. No to lecim!

Na pierwszy ogień idzie moja ulubiona produkcja magików ze studia Pixara: „Wall-e”. Mistrzowie ciarek na plecach, wirtuozi gry na emocjach… jakkolwiek by ich nie nazywać jedno jest pewne: chłopaki i dziewczyny z Pixara robią cholernie dobre animacje. Magia ich produkcji polega na tym, że potrafią pokazać wzruszające i piękne sceny bez użycia słów (każdy kto widział początek „Odlotu” wie o czym mówię). Tak samo jest z „Wall-e”, gdzie główny bohater, niczym jakiś pokemon, potrafi wymawiać tylko swoje imię. Ale to nie szkodzi gdyż ciężar przekazania emocji biorą na siebie jego mimika i ścieżka dźwiękowa, na której chcę się tu skupić.

Za soundtrack odpowiada Thomas Newman, który wraz z Pixarem współpracował już przy okazji „Gdzie jest Nemo”. Oprócz utworów skomponowanych przez Newmana (będących mieszanką klasycznych instrumentów i elektronicznych sampli) na soundtracku znaleźć też można dwie perełki: „Put on your Sunday clothes” z musicalu „Hello, Dolly!” oraz „La vie en rose” w wykonaniu Louisa Armstronga. Powiem wam, że gdy oglądam czołówkę filmu i po uroczym i optymistycznym „Put on your Sunday clothes” słyszę upiorny utwór o nazwie „2815a.d.” to aż się wzdrygam od gęsiej skórki. Wybitne połączenie. Ale tytuł najlepszego utworu całego soundtracka według mnie przypada „Define Dancing”, które towarzyszy scenie kosmicznego tańca.


Kurczę, jest coś takiego w soundtrackach do Pixarowych produkcji co szarpie za nerwy połączone z kanalikami łzowymi prawda? Co ciekawe, reżyser chciał by w tej właśnie scenie w tle leciał „Stardust” Binga Crosby’ego, lecz Newman się uparł i całe szczęście! Skrzywdziłby ten film niezmiernie a tak dzięki temu otrzymujemy utwór – perełkę, który idealnie uzupełnia scenę (ah ten buziak od EVE!). Reszta ścieżki dźwiękowej prezentuje również wysoki poziom z wybijającym się ponad resztę motywem małego robocika M-O; znalazło się też miejsce na małe muzyczne odniesienie (uwaga: spory spojler do „Wall-e” w linku) do klasyki kina Sci-Fi. Całość została nominowana do dwóch Oscarów w kategoriach Najlepsza Muzyka i Najlepsza Piosenka (w obu wygrał maksymalnie przereklamowany wg. mnie film „Slumdog. Milioner z ulicy”).

To by było tyle na dziś. Co powiecie na taką formę cotygodniowych notek? Macie propozycje jakichś innych soundtracków, które powinienem za tydzień omówić?